| Autor: Monika Filipczuk |
Kacper Kuszewski - Wciąż szukam swojego miejsca
|
Ciepły, gadatliwy, szarmancki, pogodzony ze sobą. Większość z nas kojarzy go wyłącznie z rolą Marka Mostowiaka z „M jak Miłość”. Mało kto wie, jak wyglądają jego pozostałe działania artystyczne. Dlaczego? Bo Kacper Kuszewski nie ma potrzeby, żeby cały świat o tym wiedział i zupełnie nie dba o kreowanie medialnego wizerunku. Idzie za intuicją i pragnieniami. Ciągle szuka swoich dróg, a to, że o nich nie opowiada i o nich nie słychać, nie oznacza, że ich nie ma. Wręcz przeciwnie.
Nie brakuje ci wyzwań zawodowych?
Tak może się wydawać tym, którzy myślą, że jedyne, czym się w życiu zajmuję to gra w serialu „M jak Miłość” czy udział w programie „Jak oni śpiewają”. Tymczasem nie wszystko, co robię zawodowo widać. Są też rzeczy, które robię wyłącznie dla siebie i to są moje małe artystyczne wyzwania. Specjalnie się nimi nie chwalę i o nich nie opowiadam.
Dlaczego? Nie chcesz, żeby ludzie kojarzyli cię z kimś innym niż Marek Mostowiak?
Nie chcę, żeby stało się to częścią mojego medialnego wizerunku. Staram się rozgraniczać pewne rzeczy. Skończyłem uczelnię muzyczną i poszedłem do szkoły teatralnej, bo chciałem być, przepraszam za wyrażenie, artystą. Szybko zrozumiałem, że żyjemy w rzeczywistości, w której dominuje kultura popularna i aktor, jeżeli chce swoim zawodem zarobić na życie, musi brać w niej udział. Nie wszystkich stać na to, żeby grać tylko w poważnym teatralnym repertuarze i się z tego utrzymać. To bardzo trudne i dla niewielu możliwe. Reszta musi robić inne rzeczy i wcale nie uważam, żeby to było złe czy niegodne aktora. Ja zawsze chciałem być aktorem uniwersalnym, czyli takim, które umie odnaleźć się w każdej sytuacji. W kabarecie, filmie fabularnym, komedii, tragedii.
Tymczasem odnalazłeś się w śpiewaniu.
„Jak oni śpiewają” to też zadanie aktorskie - trudniejsze niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Piosenki, które śpiewamy, wszyscy znają i nucą przy goleniu czy w samochodzie, tymczasem my na estradzie musimy zmierzyć się z oryginałem. Za każdym razem jesteśmy porównywani z wykonaniami ludzi, którzy na nagranie jednej piosenki pracowali czasem pół życia i zaśpiewali ją tysiące razy. My mamy pięć dni na przygotowanie i po tych pięciu dniach musimy być świetni.
Interesuje cię w ogóle twój wizerunek medialny?
Nie, głównie dlatego, że jego kreowanie to ciężka praca, która zabiera mnóstwo cennego czasu. Umówiłem się ze sobą, że nie chcę swojego życia spędzić na budowaniu czegoś tak ulotnego. Idę za swoją intuicją i pragnieniami, choć mam świadomość, że obecnie wizerunek decyduje o wszystkim. Mogę sobie wierzyć, że jestem aktorem, ale ponieważ nie gram w ważnych filmach fabularnych i nie można mnie zobaczyć w teatrze w Warszawie, widzowie wciąż zastanawiają się, gdzie tak naprawdę widać to moje aktorstwo. Kiedy mówię w wywiadach, że nie czuje się gwiazdą, tylko aktorem, to często potem słyszę komentarze, że żeby być aktorem, trzeba robić coś więcej, niż grać w serialu czy wygłupiać się w programie rozrywkowym.
To dlaczego tych poważnych ról w filmach nie grasz? Nie masz propozycji czy te, które dostajesz odrzucasz?
Oczywiście, że chciałbym grać poważne role w poważnych filmach fabularnych. Ale takich filmów w Polsce robi się bardzo mało, a ja nie mam niestety wpływu na obsadę.
A teatr?
Jest dla mnie najważniejszy, ale wciąż szukam swojego miejsca. Nie interesuje mnie etat, tylko twórcza praca. Wychowałem się w rodzinie aktorskiej, mam głęboko zaszczepioną ideę teatru zespołowego, gdzie dyrektor dba o to, żeby każdy jego aktor się rozwijał i miał ciekawe role do zagrania. Dzisiaj o to bardzo trudno, zwłaszcza w Warszawie. Miałem kilku kolegów, którzy po szkole dostali się do teatru i bardzo im zazdrościłem dopóki nie zobaczyłem, że grają tam same ogony i nic od nich nie zależy.
Przez dwa sezony byłeś jednak na etacie w jednym z teatrów w Warszawie.
Tak, zagrałem dwie role i nagle poczułem, że nie mam wpływu na to, co gram i nie ma zespołu, który naprawdę razem pracuje. Jeśli jesteś na etacie, nic od ciebie nie zależy. Ktoś inny decyduje, co grasz i z kim. Ty tylko musisz wykonywać polecenia bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Nie umiałem się w takim teatrze odnaleźć. Szukam więc innych dróg, a to, że o nich nie opowiadam i o nich nie słychać, nie oznacza, że ich nie ma.
A może raz zrobisz wyjątek?,br>
Ten teatr, którym się teraz zajmuję, cieszy się dużym uznaniem wśród wąskiego grona. Nigdy nie dbał o sławę i popularność - ani w Polsce, ani na świecie. Sama praca z nimi jest tak wzbogacającym doświadczeniem dla mnie jako aktora i jako człowieka, że to mi wystarcza. Nie muszę opierać na tym kariery i nie mam takiej potrzeby, żeby cały świat o tym wiedział. Jestem zmęczony tym, ze teraz wszystko jest z wykrzyknikiem. Tylko to, co krzykliwe i medialnie nagłośnione uważa się za wartościowe. A mnie interesują ludzie, którzy działają w niszach i realizują swoje pasje a nie zabiegają o rozgłos.
Niewiele osób wie, że od 2004 roku działasz też w fundacji non-profit Przestrzeń Wymiany Działań ARTERIA, która inicjuje, realizuje i wspiera projekty młodych artystów.
Tak, razem z Agatą Buzek, Michałem Sieczkowskim i Anią Gajewską. Robimy nietypowe projekty kulturalne, które są naszą wypowiedzią, wymianą myśli, opinii. Naszym celem jest umożliwienie realizacji projektów, które przekraczają granice: kultur, krajów i potocznych wyobrażeń o sztuce. Zderzamy poglądy, włączamy się w działania społeczne, organizujemy fajne akcje artystyczne, takie jak Przegląd Filmów Wietnamskich czy spacer po nieznanych rejonach Stadionu Dziesięciolecia.
Wydajesz się odszczepieńcem, dla którego kariera i gwiazdorstwo nic nie znaczą.
Takich ludzi jest wiele, tylko nie pisze się o nich w kolorowych czasopismach (śmiech). Rzeczywiście nigdy nie zależało mi na zrobieniu tzw. kariery. W szkole teatralnej poznałem wspaniałych, wielkich aktorów, którzy tam wykładają i zauważyłem, że choć są tacy wybitni, doceniani i popularni, to nie zawsze czują się szczęśliwi. To było ważne odkrycie. Myślę, że sukces zawodowy jest bardzo potrzebny, ale nie powoduje, że automatycznie ma się poczucie spełnienia i jest się pogodzonym ze sobą.
A ty jesteś pogodzony?
Już cztery lata po studiach osiągnąłem prawie wszystko, co młody aktor może sobie wymarzyć. Grałem w Teatrze Narodowym, Polskim, Scena Prezentacje, kabarecie Olgi Lipińskiej, odnosiłem sukcesy w dubbingu, byłem asystentem w Akademii Teatralnej. No, i było „M jak miłość”. Pracowałem bardzo intensywnie, aż zrozumiałem, że większość tego, co robię w ogóle mnie nie interesuje artystycznie. Zacząłem rezygnować, zostawiłem sobie tylko serial jako źródło utrzymania i zacząłem szukać innych dróg artystycznego rozwoju. I dziś jestem pogodzony.
Nie miałeś żadnych wątpliwości, kiedy decydowałeś się wcielić w rolę Marka Mostowiaka?
Nawet jeśli miałem, to wszystkie minęły, gdy dowiedziałem się, z kim będę grał. Pyrkosz, Lipowska, Kożuchowska, Ostałowska. Nie było się nad czym zastanawiać.
A masz jakiś plan na siebie? Dużo mówisz o tym, czego chcesz, jakie role cię nie interesują. Planujesz co będzie z tobą dalej?
Aktorstwo jest ryzykownym zawodem, nigdy nie wiadomo co życie przyniesie. To, że mówię, że coś chcę robić a czegoś nie, nie wynika z tego, że taki wymyśliłem sobie plan na siebie i teraz go skrupulatnie realizuję, ale z tego, że tak czuję. Staram się być ze sobą szczery. Mamy tylko jedno życie, szkoda czasu na robienie rzeczy, które nas nie interesują.
Może czasem warto zrobić coś wbrew sobie, pójść na artystyczny kompromis, żeby dać widzom inny punkt zaczepienia?
Pewnie, że warto. Nie jestem bezkompromisowym typem, który choćby miał jeść tynk ze ściany, nie przyjmie jakiejś roli, bo ma wizję wyłącznie działań artystycznych. Granice kompromisu ustawiam jednak tak, żeby mieć poczucie, że nie robię czegoś wbrew sobie. Jestem świadomy, że dla wielu ludzi na zawsze pozostanę Markiem Mostowiakiem. Dotarło to do mnie ostatnio, jak patrzyłem na jakichś amerykańskich aktorów serialowych i pomyślałem, że w ogóle nic o nich nie wiem, są postaciami z ekranu i takimi dla mnie pozostaną. Wiem, że kiedyś serial się skończy i mogę nie mieć innych propozycji.
Co wtedy?
Mam poczucie, że sobie poradzę, nawet nie mając szczegółowego planu. Oczywiście, mógłbym zaplanować karierę, a potem z determinacją i w pocie czoła ten plan zrealizować i spokojnie umrzeć. Ale to się rzadko udaje. Życie jest pełne pięknych niespodzianek
Cały wywiad znajdziecie w majowym numerze Boutique
|
|
|
|
|
|