| Autor: Natasza Socha |
Ucieczka przed mikserem
|
Justyny nie znam osobiście, ale jej historia zasłyszana przypadkiem w kawiarni, zmusiła mnie do zjedzenia pięciu kawałków ciasta i wypicia hektolitrów herbaty. A wszystko po to, by wysłuchać do końca opowieści o wielkiej ucieczce.
Otóż Justyna, żona i matka dwóch chłopców, postanowiła splunąć pogardliwie na mieszczańskie obyczaje i zwiać na wieś, by tam ocalić swe dzieci, siebie i rodzinę. Wypowiedziała wojnę wielkomiejskiemu snobizmowi i wyścigom ledwo co narodzonych szczurków. Nic dziwnego. Jej młodszy syn został odsunięty przez grupę przedszkolną „Żabki”, bo nie posiadał komórki. Jej starszego syna również dotknął ostracyzm niemarkowych ubrań i taniego zegarka. Co gorsza nie miał komunii na tysiąc osób, tylko zwykłą i to u siebie w domu. Chłopcy poczuli się zaszczuci i nawet skierowali do matki pretensje, że coś jest nie tak. Justyna poinformowała męża, że zwiewają i to w tempie natychmiastowym, zwłaszcza że bycie outsiderem jest dzisiaj w cenie. Plan na życie? Biegać nago po rosie i być wolnym od konwenansów. Tydzień później wynajęli dom na wsi, jakieś 50 km od wielkiego Miasta. Znaleźli wiejskie przedszkole i szkołę podstawową, las, jeziorko, rzeczkę i drewniany kościółek. Wszystko wyglądało jak na filmach – baby miały chusty na głowach i ręcznie doiły krowy, płot skrzypiał, a w spożywczym sprzedawano polskie irysy zamiast misiów Haribo. Justyna poczuła, że odnalazła przeznaczenie.
Początki były równie piękne jak ludowe kraszanki. Ogród pachniał maciejką, ptaszki świergoliły. Poznała sympatycznych ludzi. Jedni nie mieli uzębienia, inni miksera. Justyna pozazdrościła im swobody, z jaką żyli. Zęby sobie na szczęście zachowała, ale jednocześnie odkryła jak fajnie żyje się bez „gadżetów”. Bez robotów kuchennych, co to tną, siekają, mieszają i tłuką. Bez kerszera, co to gorącą parą morduje roztocza. Bez miniaturowego ubijaka pianki do cappucino. Pranie schło na dworze, ciasto wyrabiała ręcznie, świeże mleko i jajka kupowała od sąsiadki, a pies wylegiwał się pod gruszą. Nawet jesień miała tu swój urok, zwłaszcza jak się napaliło w piecu i wlazło pod pierzynę. Wieś była prawdziwie wiejska i leniwa. Miała gdzieś galopujących kolegów z zatłoczonego miasta.
A jednak rok później Justyna dostrzegła pierwsze rysy na wiejskim, trzeszczącym płocie. Przestała chodzić do kina. W ogóle przestała wychodzić. Elegancki zestaw do makijażu leżał nietknięty. Raz jeden Justyna spróbowała szczęścia u miejscowej kosmetyczki. „Salon” mieścił się w domu, ręczniki były wielokrotnego użytku, a w misce do moczenia nóg (przed „pejdikiurem”) zapewne moczyli sobie nogi wszyscy domownicy. Zyskała wprawdzie nowych znajomych, ale jakoś z nikim nie mogła się bliżej zaprzyjaźnić. Nie oglądali tych samych filmów, nie czytali tych samych książek, poglądy też mieli skrajnie różne. Kiedy spojrzała w lustro zobaczyła trzydziestoparoletnią kobietę z odrostami, ogorzałą twarzą i widocznymi zmarszczkami. Ręce miała chropowate i szorstkie. Czuła się wprawdzie dobrze i zdrowo, ale to jakoś nie miało znaczenia. „Zbabiałam” – pomyślała przerażona, wskoczyła do samochodu i pojechała do Miasta ratować swą kobiecość. Wymasowała się już w profesjonalnym salonie, odżywiła skórę koktajlem witaminowym, nałożyła parafinę na stopy i dłonie, a w dekolt wgniotła algi. Zafundowała sobie nową fryzurę i zestaw eleganckich jesiennych ciuchów. Poszła do kina, poszła na kawę. Niemalże z lubością nawdychała się kurzu i spalin...
Minęły dwa lata, a Justyna histerycznie zapragnęła powrotu do Miasta. Do snobów. Do przedszkolnych bachorów z mp3 w plecaczku i rowerkach BMW. Do koleżanek, które zamiast wyrabiać ciasto, paraliżowały mięśnie twarzy botoksem. Był tylko jeden problem. Dzieci, które ani razu nie zażądały komórki. Które jeździły na starych rowerach i zakładały byle jakie ciuchy. Które łowiły ryby w rzece i nie miały czasu na telewizję. Które nauczyły się rozpoznawać głosy ptaków. Obserwowały mrówki. Nie chodziły na pływalnię, tenis, narty, fortepian, aikido i lekcje śpiewu. I które nie wiedziały, co się obecnie ogląda i czym bawi. A mimo to były skandalicznie szczęśliwe. Więc, co dalej?
Ucieczka Justyny okazała się wydmuszką. Dotarło do niej, że zwiewanie przed mikserem było tak naprawdę zwiewaniem przed samą sobą. Swoim wygodnictwem i przyzwyczajeniami. Miejskim skażeniem. Chorobą luksusu. Spalinowym myśleniem. Żadna, nawet najbardziej sielska wieś i żadna, nawet najbardziej pachnąca malwa, nie przytłumią w niej chęci ponownego użycia miksera. Niestety.
Cały artykuł znajdziecie we wrześniowym wydaniu Boutique
|
|
|
|
|
|