| Autor: Natasza Socha |
Szóstka
|
Śnieg zdecydował, że w tym roku spadnie jednak w grudniu, może dlatego iż zupełnie się go nie spodziewano. Od lat Wigilia była raczej deszczowa i kojarzyła się bardziej z kaloszami i parasolem niż srebrzystymi gwiazdkami i mroźnym oddechem. Tym razem było inaczej. Najpierw zaczęło lekko prószyć, później płatki wirowały coraz szybciej i wytrwalej, aż w końcu sypnęło rozdartą pierzyną. Świat zrobił się biały i czysty. Idealne tło dla Bożego Narodzenia.
Amalberg przysiadł na ławce w parku i ze skupieniem przypatrywał się krukom łażącym bez celu po białym trawniku.
– Osiem – doliczył się w końcu i zapisał numerek na karteczce. Następnie przeniósł się na drugą ławkę, zdecydowanie mniej wygodną, bo bez oparcia, ale za to z doskonałym punktem obserwacyjnym wiewiórek, które zaciekle poszukiwały smakołyków w pobliskim koszu na śmieci. W końcu znalazły resztki batonika orzechowego i starą bułkę, dość twardą, co jednak nie jest żadną przeszkodą dla wygłodniałej wiewiórki.
– Dwie – podsumował Amalberg i znowu zapisał cyfrę na karteczce.
W końcu uznał, że jest mu paskudnie zimno i lekkim truchtem pobiegł do domu.
Amalberg od pewnego czasu chodził i liczył. Podświadomie bowiem czekał na swego rodzaju objawienie liczbowe, które pozwoliłoby mu skreślić sześć idealnych cyfr i wygrać wreszcie szóstkę w totolotka. Był to jego plan na tegoroczną Gwiazdkę. – Najwyższa pora czerpać z życia pełnymi garściami, nażreć się go, nałykać i cieszyć każdym dniem – oznajmił lekko osłupiałej żonie i dwójce niewiele rozumiejących dzieci, a następnie pokazał im notesik w kratkę, mini ołówek i pierwszą stronę zapisaną różnymi cyferkami.
– Acha – zgodziła się z nim rodzina, a żona o zielonych oczach i lekko rudziejących włosach spytała, czy nie wybraliby się raczej na świąteczne zakupy lub choćby na spacer.
Amalberg tylko się skrzywił.
– Prawdziwe zakupy zrobisz dopiero wtedy, kiedy przyniosę ci do domu wór pieniędzy. Ale najpierw muszę mieć wizję. I będę ją miał – obiecał uroczyście. O wspólnym spacerze nie wspomniał.
W połowie grudnia całe miasto pachniało już świętami. Wszędzie unosił się zapach pierników, korzennej przyprawy i miodu, goździków, grzanego wina, a także lekko zestresowanych karpi, oczywiście tych, które jeszcze żyły. Na targach zieleniało w oczach od choinek i mieniło się tęczą od różnokolorowych bombek i światełek. Amalberg niewiele z tego widział, uwagę jego zwracały jednak poszczególne ceny, ilość ozdób na wystawach lub też liczba napotkanych Świętych Mikołajów, którzy spacerowali po ulicach i zaczepiali przerażone dzieciaki.
– Siedem, osiemnaście, dwadzieścia sześć – szeptał pod nosem i zagryzał wargi. – A może raczej dwanaście, trzydzieści dwa i czterdzieści jeden?
To był niezwykle pracowity grudzień dla Amalberga, choć jego żona była zupełnie innego zdania. Nie dość, że musiała sama przytaszczyć do domu ogromną choinkę, kilogramowe siaty z zakupami i paczki z prezentami, to jeszcze większość prac domowych spadła na jej głowę. Wyszorowała więc okna, wypucowała podłogi, z dziećmi robiła ozdoby choinkowe i malowała lukrem pierniczki, a nawet wycięła z papieru całą szopkę i wykąpała psa.
Tymczasem jej mąż chodził i liczył.
Krótko przed Wigilią wypadała kumulacja w totolotku. Ponad czterdzieści milionów złotych. Amalberg czuł, że to jego jedyna szansa i że powinien wzmocnić podświadomość, by w końcu ujrzeć sześć cudownych liczb, które odmienią jego przyszłość i wreszcie uszczęśliwią rodzinę. Liczył dosłownie wszystko. Ilość napotkanych mężczyzn w okularach w drodze z domu do parku, ilość pozostałych liści na okolicznym kasztanowcu, a nawet szczekanie bezdomnego psa, który ujadał na osiedlowym śmietniku. Doszło nawet do tego, że policzył ilość kopnięć, które otrzymał pewien wyrostek od dwóch innych wyrostków, zanim mu w końcu dali spokój, zabierając kurtkę i komórkę. Pod swoim blokiem policzył, ile razy zawyła karetka, nim zaparkowała pod klatką osiemdziesiąt sześć, z której wynieśli na noszach starszą panią z maską tlenową na twarzy. Wszystkie te liczby nie przekonywały jednak Amalberga.
W dniu kumulacji, a dzień przed Wigilią, śnieg dosłownie wirował w powietrzu, tworząc skomplikowane układy taneczne. Pod śniegowym puchem zniknęły wszystkie dotychczasowe kolory, wszystkie brudne skwerki i śmierdzące śmietniki. Amalberg miotał się w swoim pokoju. Zostały dwie godziny do zamknięcia najbliższego punktu Lotto, a on nadal nie posiadał swoich liczb.
– Co robić? – pytał biegając w kółko i gryząc końcówki palców.
– Podam ci te liczby – jego żona stanęła w drzwiach i spojrzała na męża zielono. I podała.
1, 2, 35, 40, 45, 49.
– To coś oznacza? – spytał zrezygnowany.
– Masz 1 żonę, 2 dzieci, 35 lat. Od 40 dni praktycznie z nami nie rozmawiasz. Dokładnie 45 razy wzdychasz każdej nocy i przewracasz się z boku na bok. A 49 dni temu rozpocząłeś liczenie.
Amalberg klasnął w dłonie.
– To może mieć sens – krzyknął, a ponieważ niewiele czasu mu zostało, wybiegł z domu jak oparzony prosto w białą scenerię.
Tego samego dnia wieczorem, kiedy żona z dziećmi dawno już poszli spać, telewizja wyświetliła na niebiesko wyniki losowania.
1, 2, 35, 40, 45, 49.
Całe opowiadanie znajdziecie w grudniowym numerze Boutique |
|
Liczba komentarzy: 2
| Katarzyna Mikuśkiewicz. |
2009-11-04 7:37 |
| bardzo ciekawy tekst. |
| Erania |
2010-01-17 15:37 |
| Super opowiadanie! |
|
|
|