Boutique poleca
  Uroda
  Zdrowie
  Wywiady
  Moda
  Psychologia
  Felieton
  Ludzie
  Konkursy
  Qchnia
  Dodatek
  Muzyka
  Film
Archiwum -> Felietony 
Autor: Natasza Socha
Wigilijne S.O.S

Wzeszłym roku wspólnie z przyjaciółką opracowałyśmy plan obejścia Świąt Bożego Narodzenia w sensie dosłownym, czyli obejścia wszystkich możliwych prac i innych potwornych czynności, po których ma się ochotę wyłącznie na sen.

Psychologowie od lat alarmują, że okres przedświąteczny to jeden z bardziej stresujących momentów w roku (zaraz po ślubie, no ale ten zazwyczaj przydarza nam się rzadziej). Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że święta są rodzaju żeńskiego – bo to głównie kobiety stają na uszach, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Pieką, sprzątają, gotują, kupują prezenty, trzepią dywany, myją okna, taszczą choinki, potem znowu pieką i znowu sprzątają i znowu coś tam taszczą. Nic dziwnego, że tuż przed Wigilią padają ze zmęczenia i na resztę świąt nie mają już ochoty, nawet gdyby sam Mikołaj zaproponował im erotyczny masaż stóp.
Najważniejsza jest dobra organizacja. Wyrywamy z zeszytu kartkę papieru i piszemy na niej, z czego rezygnujemy, czego absolutnie nie zrobimy, a co ewentualnie możemy oraz wpisujemy imiona osób, które nas zastąpią w przedświątecznej histerii. W końcu święta obchodzi cała rodzina i dlatego też cała rodzina powinna wziąć udział w tej świątecznej krzątaninie. Wystarczy tylko sprytna zachęta. Bardzo istotne są tu komplementy wystosowane np. w stronę partnera – „nikt nie ma tyle siły co ty, żeby porządnie wytrzepać dywany”, „genialnie myjesz okna”, „tylko ty wybierzesz najpiękniejszą choinkę”, „twoje rozwałkowywanie ciasta to czysta poezja”. Podobne bzdury wmawiamy zaproszonym gościom – dzięki temu każdy z nich czuje się wyjątkowo i z prawdziwą przyjemnością poddaje się naszym sugestiom. Dzieciom podrzucamy drobne prace porządkowe, strojenie choinki, nakrywanie do stołu oraz pilnowanie, czy reszta rodziny wywiązuje się ze swoich zadań.
Nasz świąteczny dekalog, opracowany po dwóch butelkach grzańca, brzmiał: • koniec z prezentowym szałem – podpytujemy poszczególnych członków rodziny, co chcieliby dostać, robimy listę i przy każdej wolnej okazji (np. podczas zwykłych sprawunków), kupujemy upominki. Prezenty pakujemy w specjalnych punktach „pakowania prezentów”.

• każdy z domowników dostaje listę z rzeczami do wykonania i na bieżąco melduje, co już zrobił. Całość należy oczywiście obrócić w zabawę lub zawody, tak aby nikt się nie zorientował, że go robią w bambuko. Nagrodą będzie dodatkowy prezent pod choinką.

• koniec z kuchennych obłędem – wszystko, co się da kupić – kupujemy (gotowa masa makowa, barszcz w proszku, sernik robi nam sąsiadka, ryb i tak nie lubi nikt z domowników, więc serwujemy im gotową sałatkę śledziową – w ramach małego oszustwa dodajemy do niej garść rodzynek i mówimy, że zrobiłyśmy same).

• koniec z szorowaniem, praniem, czyszczeniem i pucowaniem domu – święta trwają zaledwie trzy dni, damy radę nawet z kurzem za kanapą, istnieje bowiem spora szansa, że nikt tam nie zajrzy.

Nasz genialnie prosty i cudownie odciążający nas ze wszystkiego plan, wydawał się nie mieć żadnych haczyków. Niestety nie wypalił. Po pierwsze – bardzo szybko doszłyśmy do wniosku, że nikt nie wykona żadnej z zadanych mu czynności lepiej od nas. Rzadko który facet wypucuje okna z taką dokładnością jak my, rzadko który kupi ładną, nie obsypującą się choinkę, a co do rozwałkowywania ciasta, to w ogóle szkoda słów. Rodzina może nawalić, więc lepiej mieć wentyl bezpieczeństwa i wszystko zrobić samemu. Barszcz w proszku odpuściłyśmy, w końcu co to za filozofia zrobić barszcz. Ukręciłyśmy też masę makową, ser na sernik i parę innych rzeczy na wszelki wypadek. Ryby pojawiły się w zastraszającej ilości, bo co to za Wigilia bez ryb. Prezenty wybierałyśmy skandalicznie długo, a potem je same pakowałyśmy, bo przecież własnoręcznie zapakowany upominek to zupełnie co innego niż marketowa masówa. W końcu przyszedł czas na wielkie sprzątanie. Nasz świat stopił się do ścierek, wiader, płynów i ryżowych szczot. Moja przyjaciółka wypucowała nawet srebra, żeby się świątecznie błyszczały. Ja zajrzałam w każdy zakamarek (za tapczany naturalnie też), wyszorowałam stół od spodu (!), a nawet przetarłam bombki. Poprawiłam wszystko po dzieciach i niczym Marry Poppins na parasolce, latałam po całym mieszkaniu na mopie. Rodzinę przepędziłam, bo mi tylko przeszkadzała. Gdybym mogła, wyprałabym nawet wdzianko Św. Mikołaja, a reniferom wyczyściła kopyta. Podejrzewam też, że od tych wszystkich czynności schudłam jakieś dziesięć kilo i straciłam życiową energię.
Kobiety mają niesłychaną zdolność do spieprzenia nawet najprostszego planu. Ambicja połączona z brakiem dystansu każde nam dążyć do ideału, nawet wbrew rozsądkowi. Czy my się kiedykolwiek nauczymy, że święta to nie są zawody, a Mikołaj nie przyszedł nas skontrolować? W tym roku podejmę kolejną próbę świątecznego wyhamowania... Obym tylko zdążyła przed Wigilią!

Liczba komentarzy: 1

krys 46 2010-01-20   13:30
Witam i jednoczesnie dziwie sie ,ze ja te wynurzenia tak dobrze znam.Przechodze przez to samo lacznie z zapelnieniem lodowki po brzeg /wyjadanie przez pol stzcznia/ i znow postanowienie,ze taka niemadra juz na przyszlosc nie bede i znow powtorka.


Webdesign by Czudix
Graphics by ViMEDIA
Copyright © ViMEDIA 2004 - 2006