| Autor: Michał Chmielewski |
Nic do ukrycia?
|
Na pozór Channing Tatuum jest zwykłym, prostym amerykańskim łobuziakiem, który miał w życiu trochę szczęścia, trafił na swój moment i stał się sławny. Ot, taki drugi Brad Pitt. Piekielnie seksowne połączenie kowbojskich ostróg z najnowszym modelem garnituru z kolekcji haute couture Armaniego. Hollywood pęka w szwach od tego typu facetów. Kiedy jednak pogrzebie się trochę głębiej w życiorysie tego „złotego chłopca”, szybko idzie się zorientować, że wymyka się on wszelkim próbom zaszufladkowania.
KUNG-FU FIGHTER
Miał być piłkarzem albo baseballistą, został modelem. „Urodziłem się w małym miasteczku w Alabamie, gdzie wszyscy znali wszystkich, jedyne kino działało tylko w weekendy, a kupowanie prezerwatyw uznawano za grzech” – wspomina 30-letni dzisiaj Channing, dodając ze śmiechem: „Nic dziwnego, że mam siedmioro rodzeństwa. Po kilku latach przeprowadziliśmy się wszyscy do kolejnego małego miasteczka, tym razem w Mississippi. Tam kina była co prawda dwa, ale nadal kiedy kichnąłeś wieczorem w swojej własnej łazience, następnego dnia wszyscy sąsiedzi pytali z troską, czy oby nie złapałeś grypy. Z każdym rokiem było mi tam coraz duszniej i czułem, że muszę się stamtąd wyrwać...” Mając dziewiętnaście lat Channing – od najmłodszych lat trenujący wszelkie możliwe sporty i sztuki walki z kung-fu na czele – zdobył w swoim liceum tytuł najbardziej wysportowanego chłopaka roku, po czym... ostatecznie rozwiał nadzieje swojego taty, który marzył o wychowaniu drugiego Beckhama, oznajmiając, że zamierza ruszyć na podbój... wybiegów dla modeli. „Wyruszyłem do Los Angeles ze stoma dolarami w kieszeni, żegnany przez swoich rodziców i rodzeństwa minami, mającymi oznaczać: I co ty chłopaku wskórasz?! Obiecałem sobie, że jeszcze ich zadziwię...” Co zabawniejsze, Tatum słowa dotrzymał, choć początkowo może niezupełnie tak, jak to sobie zaplanował...
KTO CIĘ DZIŚ ROZGRZEJE, KOTKU?
Pierwszą fuchą, jaką udało się Channingowi załapać w bezlitosnym amerykańskim show-biznesie była rola... tła dla Rickiego Martina w jego mocno erotycznym teledysku do piosenki „She Bangs”. Najwyraźniej kręcenie bioderkami i mizianie latynoskiego bożyszcza w okolicach krocza przypadło mu do gustu, bo chwilę potem Tatum został... striptizerem. Występował pod pseudonimem Chan Crawford a jego wyczyny po dziś dzień odnaleźć można w internecie. „Wcale się tego nie wstydzę” – twierdzi dzisiaj – „Nie jest to może i powód do dumy, ale z drugiej strony przeżyłem coś, czego doświadcza jedna osoba na tysiąc. A teraz myślę, że to także doskonały temat na film. Rozmawiałem już nawet z kilkoma reżyserami na ten temat. Chcę zrobić obraz, który będzie dla przemysłu striptizerskiego tym, czym dla świata porno było słynne „Boogie Nights” z Markiem Wahlbergiem”. Pytany o to, czy nie będzie mu wstyd – teraz, gdy jest już wielką gwiazdą – ponownie pokazać się w skąpych stringach ozdobionych malunkiem gustownego „dyndającego bananka”, Tatum odpowiada ze śmiechem: „Skoro nie było mi wstyd pokazywać go za dwieście dolarów, to tym bardziej nie miałbym problemu pokazać go za swoje obecne, dziesięć tysięcy większe honorarium”. I chyba można mu wierzyć, bo akurat o pruderyjność Tatuma nie da się oskarżyć. Zanim wkręcił się do filmu, Channing wziął udział w kilkudziesięciu przesyconych seksem sesjach. Przystojny, męski (a to prawdziwa rzadkość wśród hermafrodytycznych szkieletów, jakie stanowią czołówkę amerykańskich modeli), idealnie zbudowany cieszył się wzięciem i to u asów świata mody: Armaniego, Dolce i Gabbana, Abercrombie and Fitch. Pojawił się na stronach najbardziej prestiżowych magazynów świata – na czele z „Vogue”, „Citizen K.”, „W” czy „Advocate”. W tym ostatnim magazynie, przeznaczonym dla kochających inaczej, udowodnił, że stać go na pokazanie wszystkiego. Dosłownie.
cały artykuł znajdziecie w lutowym wydaniu BOUTIQUE
|
|
|
|
|
|