Boutique poleca
  Uroda
  Zdrowie
  Wywiady
  Moda
  Psychologia
  Felieton
  Ludzie
  Konkursy
  Qchnia
  Dodatek
  Muzyka
  Film
Archiwum -> Felietony 
Autor: Natasza Socha
Pocałunek i bal

Wiemy, komu zawdzięczamy żarówkę, telefon i pierwszy telewizor. Niestety, nie wiadomo dokładnie, kto i kiedy „wynalazł” pocałunek.
Prehistoryczni artyści przedstawiając swoje dzieła na skałach, jakoś nie kwapili się do „wykuwania” całujących się par. Trochę mniej powściągliwi okazali się twórcy kreteńskich fresków i mozaik, którzy dali upust swej erotycznej wyobraźni i z ochotą przedstawiali bogaty repertuar póz, figur i technik pocałunku. Jeszcze większe światło rzuciła „Kamasutra”, która wymienia ponad trzydzieści tysięcy (?) rodzajów pocałunków (osobiście mogę wymienić góra trzy), z których sporą część zdecydowali się przedstawić starożytni rzeźbiarze. Ciekawe zresztą dlaczego się całujemy? Teorii jest kilka, ja stawiam na Platona. Otóż Platon stworzył teorię człowieka-kuli. Jego zdaniem człowiek na samym początku był istotą kulistą, posiadającą cztery nogi, cztery ramiona i dwie twarze – kobiety i mężczyzny jednocześnie. Stworzenie to okazało się jednak zbyt dumne i pełne pychy, dlatego Zeus za karę postanowił je przepołowić. W ten właśnie sposób doszło do rozdziału płci. Według Platona, od tamtej pory dążymy do osiągnięcia w pocałunku stanu pierwotnej jedności. W sumie logiczne. Później jednak wtrącił się Sokrates, który uważał, że pocałunek jest aktem niebezpiecznym i prowokującym do niezdrowych myśli. Więc może lepiej się nie całować?

Kolejny raz wielkimi krokami zbliża się Dzień Zakochanych, którego jedni szczerze nienawidzą, inni zaś podskakują z radości na samą myśl o tym, że ktoś ich pacnie serduszkiem i pocałuje. Odnoszę dziwne wrażenie, że im człowiek starszy, tym bardziej ocieka niechęcią do wszystkiego, co nazywamy zakochaniem i właśnie specjalnie dla takich osób opracowałam poradnik walentynkowy. W tym roku Walentynki obchodzimy:

Po babsku
Olewamy partnera i szukamy towarzystwa kobiet, które podobnie jak my olewają partnera. Robimy wspólny wypad do miasta, kina, pod most – gdziekolwiek mamy ochotę, byle same.

Na zakupach
Znowu olewamy partnera i fundujemy sobie zakupy dla samej siebie. Kupujemy bez umiaru, zagłuszając ten odrażający dzień.

Piżamowo
Olewamy partnera (znowu!) oraz wszystko to, co wiąże się z Walentynkami – debilną kąpiel przy świecach czy tzw. walentynkowy seks (nie wiem na czym polega różnica, może trzeba polać się syropem truskawkowym). Proponuję wskoczenie w piżamę, owinięcie ciepłym kocem i obejrzenie ulubionego filmu nie-o-miłości.

Oczywiście można zrobić wszystko na odwrót, w zależności od stopnia aktualnego zakochania i nastawienia do miłości. Ja już jestem naście lat po ślubie, więc w mój walentynkowy dzień wkrada się powoli zgrzybiały cynizm. Efekt? Wolę 15 lutego. Co nie znaczy, iż nie pamiętam dnia, w którym po raz pierwszy ujrzałam mojego przyszłego męża, a było to wyjątkowo bajkowe, lśniące i romantyczne przeżycie, choć nie pozbawione skrajnego absurdu.
Moja ówczesna redakcja wysłała mnie do Austrii, bym osobiście poznała ten uroczy kraj, a przy okazji zwiedziła targi turystyczne i wywęszyła, co tak naprawdę ojczyzna Mozarta może zaoferować Polakom. Targi miały się rozpocząć wielkim balem. Szef poinformował mnie, że to jest „ten słynny bal Orła Białego, o którym na pewno wiem”, więc muszę uzbroić się w białą kreację i lśnić niczym Kopciuszek, po przeróbce. Polecenie wykonałam. W salonie sukni ślubnych nabyłam białą, przetykaną srebrzystą nitką sukienkę-bezę, do tego złote pantofelki i złotą torebeczkę. Wzięłam nawet kilka lekcji walca, by godnie reprezentować swój kraj. Ogoliłam wszystko to, co było widoczne i nieapetyczne, włosy upięłam w romantyczny kok, w uszy wbiłam sztuczne perły i spryskałam się brokatem. Błyszczałam piękniej niż wampir Edward w słońcu. Gdzie zatem absurd sytuacji? Otóż to nie był Bal Orła Białego, tylko bal... Górnej Austrii, a dokładniej mówiąc bal ludowy!!!! Należało przyjść w stroju narodowym, ewentualnie wieczorowym. Większość panów pomykała więc w krótkich gaciach ze skóry, wełnianych getrach i z piórkiem za uchem, a panie miały kraciaste spódnice i bufiaste bluzeczki. Ja, w swojej białej kreacji wyglądałam rzeczywiście jak Kopciuszek, ale Kopciuszek, który się napruł i pomylił bale. I właśnie w tym tłumie wypatrzył mnie mój przyszły mąż, który również nie doczytał dokładnie zaproszenia (poprzestał na słowie bal) i wbił się w smoking oraz lakierki. Byłam jedyną osobą, która pasowała do jego stroju, więc na wszelki wypadek tańczyliśmy ze sobą bez przerwy, udając, że biała sukienka i smoking to nasze stroje narodowe, a skąd pochodzimy – nie powiemy. Pocałunek a’la Platon dopełnił całości.
Trzy lata później dokładnie w tych samych kreacjach wzięliśmy ślub. To jednak bardzo romantyczne, więc na wszelki wypadek powiem mu, że obchodzę Walentynki i marzy mi się bukiet z tysiąca tulipanów oraz tym razem – prawdziwe perły.



Webdesign by Czudix
Graphics by ViMEDIA
Copyright © ViMEDIA 2004 - 2006